DogReview 2008-05-30 17:12:51

Zacznę od anegdoty. Jak pierwszy raz usłyszałam nazwę „DocReview” i jeszcze nie wiedziałam z czym to jeść, wydawało mi się, że to jakiś przegląd filmów na temat … psów. No bo niby dlaczego „Dog”? I kiedy już porzuciłam te złudzenia i wkręciłam zupełnie w temat filmów dokumentalnych, na jednym z tegorocznych seansów pojawił się nomen omen pies. Siedział na siedzeniu tuż przede mną, mały, dość paskudny z wyłupiastymi oczyma wpatrzonymi to we mnie, to w ekran. Wiedziałam! Jak będą wam mówić, że “DocReview” to im nie wierzcie…

 

Ale nie o tym chciałam. Raczej o festiwalu w ogóle. Otóż podczas, gdy przy Erze Nowe Horyzonty czy Warszawskim Festiwalu Filmowym wybór filmów coraz bardziej przypomina rosyjską ruletkę, DocReview mnie nie zawodzi. Rok temu na 10 filmów, jakie zobaczyłam może tylko jeden trącił McDonaldem (film typu najpierw teza, a potem wszystko co do niej pasuje), reszta zaś urzekła mnie na czele z „Klasztor. Pan Vig i Zakonnice”. W tym roku zaś 100% celnych strzałów. Bardzo fajne, energetyczne „Twarze”, mądre „Lakshmi i ja”, czy absolutnie rewelacyjny Joergen Leth, najbardziej w odsłonie “Haiti. Bez tytułu”. I trudno byłoby mi pewnie wybrać, ulubiony obraz, gdyby nie to, że trafiłam na retrospektywę Siergieja Dworcewoja. Co to była za retrospektywa!

 

Nie tyle ilościowo, co pod względem jakości. Zaledwie cztery filmy, ale za to najlepsze. „Szczęście” o życiu nomadów na stepach Kazachstanu, „Dzień chleba” portretujący mieszkańców byłego osiedla robotniczego, położonego przy stacji Zhinkharevo, osiemdziesiąt kilometrów od Petersburga, „Trasa” zapis występów objazdowego cyrku rodziny Tadżybajewów, czy ostatni, mój ukochany „W ciemności” o niewidomym Wujku Wani z podmoskiewskiego blokowiska. Pierwszy raz piszę o czterech filmach na raz i pewnie nie byłoby to możliwe, gdyby nie wątki wspólne, które można odnaleźć we wszystkich. Dworcewoj w każdym z nich każe nam się zatrzymać wzrok na ludziach, których zwykliśmy pomijać w naszej uwadze. Banał, prawda? Można pomyśleć, że to takie kolejne pójście na łatwiznę, pokazywanie niedołężnych staruszków, wbijanie kamery w brud i nędzę, czy wyciskanie łez z czyjejś biedy.

 

Otóż, nie. Dworcowoj zdaje się naprawdę fascynować życiem tych ludzi. Taki prostym, małym zwykłym życiem. Nie pokazuje ich jako obiekty litości, tylko jak prawdziwych bohaterów, którzy wypełniają sobą cały ekran. Może przykłady, żeby pokazać, o co chodzi. W „Szczęściu” jest bardzo długa scena, pokazująca dziecko w trakcie posiłku. Nic wielkiego. Maluch jednak zasypia, nie wiemy, czy uda mu się dokończyć obiadek, bo między kolejnymi łyżkami, które podnosi do ust, głowa opada mu na boczek. W końcu wywraca się do tytułu. Suspens w jadalni? I owszem! W „Dniu chleba” widzimy kozę, która chodzi dookoła obórki i wydziera się w niebogłosy. Ot, głupie bydlę, jesteśmy gotowi założyć. I nagle okazuje się, że w obórce został zamknięty chłopak naszej bohaterki, który nagle wystawia włochaty łeb z okienka i się z nią wita. Najbardziej wzruszający jest zaś wujek Wania, który mieszka samotnie z białą kotką. Nie ma kontaktu z innymi ludźmi, pomijając te smutne sytuacje, gdy usiłuje rozdawać plastikowe torby, jakie wyplata w domu. Usiłuje, bo nikt ich nie chce. Co na to wujek? Płacze, a my z nim, po czym jednak stwierdza: „Co ja poradzę na to, że Bóg chce, żebym wyplatał te torby?”. Czy muszę dodawać, że słowa te zostaną już ze mną na zawsze?

 

Tadeusz Sobolewski kiedyś napisał: „Kino w swoich najszlachetniejszych przejawach jest samym kontaktem, zniesieniem dystansu, przezwyciężeniem obcości i lęku. W kinie - inaczej niż w życiu - patrzymy w sposób rozumiejący, rozgrzeszający, bez poczucia osobistego zagrożenia, w myśl ewangelicznej definicji miłości.” DocReview to miejsce, gdzie odprawia się te czary.

skomentuj (0)

Potosi 2008-05-10 17:51:39

Są reżyserzy pełni młodej, ekspansywnej energii, z konkretnymi poglądami na świat i rozmachem w prezentowaniu swojej wizji. Zawsze gotowi "żreć starych" i walić swoją prawdą po oczach. Są też inni, którzy podejmują heroiczną (niektórzy powiadają – „daremną”) próbę wdarcia się we świat zastany, uciekając od własnego ego, czy też „”własnej umęczonej wyobraźni” według Lyncha. Trubadurzy prostych historii trzymanych nisko przy ziemi, nisko przy ludziach, chciałoby się powiedzieć. Nie stawiam tu żadnych znaków lepszy/gorszy, choćby dlatego, że kocham brawurowe, żywiołowe kino Michaela Winterbottoma (a to jednak ciekawe, jak reżyser kręcący filmy para - dokumentalne, zmienia je w  wehikuł własnych poglądów), czy z zupełnie innej półki, ale żeby sięgnąć po kolejnego indywidualistę - Buzza Luhrmana. Jednocześnie mam ogromną słabość do opowieści tego drugiego typu. Często niepozornych, zwykłych „relacji”, z kamerą w roli świadka, które zupełnie niespodziewanie zaczynają żyć własnym życiem, wyrastać poza to co na ekranie i emanować światłem małego objawienia. Taki jest "Potosi: czas podróży". 


Film trwa cztery godziny i bardzo długo nie daje się poznać, jako coś wyjątkowego. Sporą część tego czasu pochłania długi wstęp, w którym autor tłumaczy swój pomysł, przedstawia członków rodziny, komentuje mijane widoki i niejako przyzwyczaja się do gości w swoim życiu, czyli nas. Zacznijmy więc od wprowadzenia, skoro autor sobie tego życzy. Bohaterami tego bardzo osobistego dokumentu, jakim jest „Potosi: czas podróży”, jest Ron Havilio ze swoją rodziną pokazani w podróży do tytułowego boliwijskiego miasteczka. Jest to dla bohatera i jego żony miejsce niezwykłe, gdyż tutaj właśnie 20 lat temu spędzili swój miesiąc miodowy. Teraz wracają tu z trzema córkami, by niejako wejść drugi raz do tej samej rzeki i zrozumieć, co tak bardzo zafascynowało ich w krajobrazie i ludziach z górskiego miasteczka. Przy okazji też może spędzić trochę czasu razem i zbliżyć się do siebie, jak to rodzina na wspólnym urlopie.  

Tyle fabuła. Pomysł ciekawy – dokumentowanie upływu czasu i postępujących zmian, również w nas samych. Porównanie współczesności ze wspomnieniami uchwyconymi na przepięknych, czarno-białych zdjęciach i na stronach pamiętnika, a przez to niejako konfrontacja z własnym przemijaniem. Rzecz absolutnie warta uwagi, choć przyznajmy nie tak znowu oryginalna i niezwykła. To co mnie w tym filmie natomiast absolutnie urzekło to cała reszta, która zaczyna się dokładnie wtedy, gdy film wymyka się Havilio z rąk. Gdy jego żona zaczyna dorzucać swoje pięć groszy, gdy początkowe założenia tracą na znaczeniu, gdy oto nagle świat ożywa - wszyscy maja swoją historię i chcą się nią podzielić. Mam wrażenie, że mistrzostwo reżysera polega na wyłapaniu tego momentu i puszczeniu tego filmu na żywioł, co w kontekście tego, o czym opowiada „Potosi” jest niezwykle cenne. Bo czymże jest podróż w egzotyczne nieznane miejsce, jeśli jak kontaktem z czymś, co przekracza się nasze pojmowanie? Czym jest kontakt z Innym, jak nie otwarciem na świat, który wprawdzie interpretujemy, jednak za każdym razem ponosząc ryzyko przekłamań, pomyłek, czy też osobistych projekcji? 
 

Wydaje mi się, że „Potosi: czas podróży” pokazuje, że krajobraz widziany przez nas, a krajobraz faktyczny to dwie różne rzeczy. I że być może nie ma nawet czegoś takiego, jak „krajobraz faktyczny”. Ron zapamiętał Potosi jako smutne miasto, pełne przygnębionych górników na skraju nędzy. Ma na poparcie tych wspomnień setki zdjęć zapłakanych dzieci, zrozpaczonych kobiet, itepe. Jednak gdy dzięki swojej żonie zmuszony zostaje do konfrontacji z otoczeniem, odkrywa, ile w tym sądzie było jego samego, jego własnej nostalgii. To się przekłada na zdjęcia, ale zostawmy ten wątek jako jedną z większych niespodzianek w filmie. Jest ich tam zresztą bardzo wiele i dlatego nie napiszę już o „Potosi: czas podróży” nic więcej – może tylko tyle, by koniecznie wybrać się do kina właśnie na ten film. Szczególnie polecam wszystkim, którym bliskie są dylematy podróżującego. Którym zdarzyło się wyjeżdżać z jakiegoś miejsca z poczuciem, że coś nam umknęło, że czegoś nie zrozumieliśmy, że nie udało nam się wyjść ze swojej turystycznej bańki. I przeciwnie – którym udało się dotknąć innej rzeczywistości i pokochać bez pamięci, właściwie nie do końca rozumiejąc dlaczego. 

skomentuj (1)

Pod jednym dachem 2008-04-18 23:32:12

Normalną konsekwencją zasady, jaka mi przyświeca przy tworzeniu tej strony – zasady, przypomnę, skrajnego subiektywizmu - jest wybiórcze podejście do filmów z nastawieniem na te, które się ze mną bezpośrednio komunikują. A że warunkiem komunikacji jest korzystanie z tego samego kodu i z tych samych, w jakimś stopniu, doświadczeń, można powiedzieć, że nastawiam się na filmy stworzone w języku, jaki rozumiem i poświęcone tematom, które mnie bardzo obchodzą (podkreślam „bardzo”, bo tych, co mnie po prostu obchodzą jest całe mnóstwo). Tyle tematem wstępu przed opisaniem filmu takiego, jak „Pod jednym dachem”. Bo też i dlaczego właściwie ten film, a nie na przykład podobnie doskonałe, a może jeszcze piękniejsze, bardziej poetyckie „Żelary”? W końcu kolekcja ta sama, ten sam czeski kunszt w opowiadaniu prostych, urzekających historii. A jednak… 

Nie ma innego powodu, jak ten, że temat „Pod jednym dachem” jest mi szalenie bliski. Zacznę od tego, że rok temu pisałam pracę licencjacką na temat współczesnego rozumienia pojęcia „dom” i wtedy za sprawą fenomenalnej książki Davida Morleya „Home Territories” natknęłam się ciekawą teorię współobecności, zgodnie z którą tym, co TAK NAPRAWDĘ łączy ludzi jest konieczność przebywania w tej samej przestrzeni: wsi, bloku, dzielnicy, itp. Cała reszta jest mniej lub bardzo konstruowana i sztuczna. Autor dowodził, moim zdaniem bardzo trafnie, że życie w społeczeństwie to nieustanne kompromisy i negocjacje, które wzbogacają i uczą nawiązywać więzi. I że stajemy się o te zdolności coraz ubożsi, gdyż żyjemy w świecie, gdzie ogranicza się przypadkowe kontakty do minimum, a ludziom dalej jest do swoich sąsiadów niż do członków tej samej internetowej „społeczności” (która faktycznie żadną społecznością nie jest) skupionej wokół zagadnień hodowli kanarków. Tyle mądre teorie. 
 

Jeśli zaś chodzi o praktykę, blaski i cienie współobecności odkrywałam, wychowując się w bloku, gdzie stopień integracji sąsiadów przekraczał znane dzisiaj normy i gdzie – dokładnie tak jak w filmie – rozgrywały się najbardziej spektakularne bitwy mojego dzieciństwa. Były rodziny, które zakłócały innym kolacje (moja?), były zrywy sąsiedzkie w ramach społecznej akcji sprzątania podwórka, spotkania przy trzepaku, ploteczki, wspólne dramaty i blokowe sensacje. Wspominam te czasy z łezką w oku, pewnie trochę sentymentalnie, ale kto jest obiektywny wobec własnego dzieciństwa.
 Dlatego  „Pod jednym dachem” jest dla mnie pieśnią w hołdzie współobecności, historią o tym, że można i warto dogadywać się ze sobą, nawet przy ogromnej różnicy zdań i doświadczeń. Cały film jest jakby rozbudowaniem tego pomysłu, portretem bolesnego i wymuszonego sąsiedztwa oficera armii socjalistycznej Czechosłowacji z weteranem drugiej wojny światowej, zajadłym antykomunistą. Sąsiedztwa, które przechodzi różne fazy: od wrogości po zrozumienie a nawet współczucie, od okopywania się we własnych poglądach po wspólne przeżywanie nadziei na zmiany i traumatycznego rozczarowania (film opisuje wydarzenia z 1968 roku). I które kończy się w najsmutniejszy sposób - rozstaniem, w którym tak dużo jest ze śmierci. 

Film roi się od innych wątków, jednak i do nich można zastosować klucz współobecności. Dojrzewanie ukazane jako konfrontowanie się ze światem innych, wyjście poza własny horyzont i akceptowanie własnych ograniczeń w kontrolowaniu świata. Albo też wątki małżeńskie, zderzenia dwóch światów – męskiego i kobiecego, a także ta druga strona medalu czyli brak kontaktu i samotność.

Bardzo, bardzo mi się ten film podobał, a ten tekst to ślad po tej intymnej relacji.


Wiadomość z ostatniej chwili! Parę nowych wątków wyłoniło się z mojej współobecności z reprezentantem frakcji przeciwnej – jeśli mogę go tak nazwać - frakcji zwolenników większego dystansu w relacjach międzyludzkich. Pojawiła się prośba, by zamieścić tu pytania, które mogą sprowokować nowe refleksje. Dlaczego nie? I tak: „Czy zły kontakt jest lepszy od żadnego?”. „Czy zawsze warto przełamywać niechęć, walczyć z frustracją, negocjować warunki z innymi ludźmi?”. "A jeśli w danej relacji nic dobrego nas nie czeka?”, „Czy przełamywanie siebie jest zawsze lepsze od izolacji?". Zostawiam kwestię otwartą, niech sie coś zadzieje nowego w mojej przestrzeni:)

skomentuj (0)

Om Shanti Om 2008-04-09 12:02:19

Najpierw podali wino i przekąski, a gdy zaczęłam się powoli zapadać w fotel i żegnać w myślach z moim – jak do tej pory – ukochanym kontynentem, zaczął się film. I to był najtrafniejszy epilog dla całej naszej wyprawy i jak mniemam początek wspaniałej przyjaźni: „Om Shanti Om”. Nie przepadałam za filmami bollywoodzkimi, co kiedyś potwierdził pewien nieszczęsny seans "Devdasa", z którego wraz z kolegą uciekliśmy w dyskusje zupełnie nie na temat. Tym razem dałam się uwieść (przyznaję, że okoliczności były ku temu sprzyjające). Oczywiście, zawsze jest możliwość, że komedio-musical lepiej wypada w wersji budyniowej niż melodramat, czyli że jedna jaskółka wiosny nie czyni. Czy w związku z tym mamy nie cieszyć się na widok jaskółki?   Tak więc „Om Shanti Om” polecam z całych sił. Film emanuje nieokiełzaną energią: glamour i szaleństwo w dowcipnej, lekkiej i świeżej masali. Po stronie glamouru pióra i cekiny, zjawiskowo piękni bohaterowie, luksusowe samochody, kreacje i wnętrza czy też imprezy w falach szampana. Po stronie szaleństwa fabuła splatająca w jedno historię o nieszczęśliwej miłości ( a nawet dwóch), satyrę na świat showbiznesu, wątek kryminalny z udziałem dużej ilości dymu i jednego wyjątkowo podłego niegodziwca, oraz - żeby nie było nudno – motywy rodem z zaświatów o powrotach zza grobu i reinkarnacji. Do tego wszystkiego cała wiązanka piosenek, na przykład o tym, że piękną odsłoniętą pierś Shah Rukh Khan wypełnia "ból disco" (sic!).  Coś się we mnie buntuje przeciw wyciskaniu z tego filmu wielkiego sensu czy iluminacji. Pojawiają się tu wprawdzie pytania filozoficzne w stylu: "Kim byłbyś, gdybyś urodził się w innym miejscu i czasie?", które w kontekście wschodniego filmu pokazywanego zachodnim widzom rezonuje dość dobitnie. To chyba jednak bardziej eksplozja energii i kreatywności niż traktat, i jako taki wyzwala we mnie więcej czystej radości i entuzjazmu niż refleksji. I jeśli piszę o nim w kontekście przemian i kina znaczącego, to po to, by przypieczętować moje postanowienie na przyszłość: Nigdy nie mów nigdy. Amen.

skomentuj (0)

tekst gościnny - Pokuta 2008-02-15 09:36:34

 

Kiedy słyszę o kolejnych nagrodach dla tego filmu za każdym razem czuję lekkie niedowierzanie. Ludzie – myślę sobie – jesteście pewni, że nie ma lepszego filmu? Że „Pokuta” jest naj naj naj? Jak to jest z ocenianiem filmów? Czy zawsze ocenia chłodny i wyrachowany krytyk filmowy, który odcina się od tego, że jest kobietą, mężem, córką, kochankiem, gejem? Że jest zły, smutny, oszalały z zazdrości, znudzony życiem, podekscytowany zbliżającym się wyjazdem? Czy to w ogóle da się oddzielić?

A może przy nazwisku recenzenta (czy jak wolą nasi – krytyka) należałoby przyznawać gwiazdki w kategoriach: kondycja ciała, emocji, umysłu i duszy? Jak podejdzie do „Pokuty” ktoś, kto zrobił w swoim życiu jakieś świństwo bliźniemu i nigdy się do tego nie przyznał? A jak ten, kto odbywa właśnie pokutę? A kto problem zna tylko z filmu? A ten, kto oglądał „Pokutę” świeżo po lekturze „Sumienie miał czyste…” Berta Hellingera?

Briona, nadwrażliwa trzynastolatka niesłusznie oskarża Robbiego o gwałt na nieletniej kuzynce. Dziewczyna nie ma pojęcia, że słowami „Tak, to on. Widziałam NA PEWNO” buduje sobie celę, w której będzie więziona przez całe życie. Koszmarną izolatkę do odbywania kary. Bez okna ulgi. Briona swoją winę bierze na siebie jak zobowiązanie. Kiedy dojdzie do niej co zrobiła, zacznie drogę pokuty.

Relacje między ludźmi to ciągłe dawanie i branie. Po każdym wyrównaniu bilansu przychodzi ulga, lekkość i wolność. Ale jak na miłość boską wyrównać fakt, że złamało się życie siostrze i jej ukochanemu? Jak wymyślić sposób na zadośćuczynienie, kiedy jest już za późno? Kiedy prawo cię nie ściga, a wiesz, żeś winien. Co byś zrobił? Albo jeszcze gorzej, kiedy osoba, której wyrządziłeś zło, nie chce zadośćuczynienia? Kiedy odwraca się od ciebie? Bycie winnym to potworna presja. Za wszelką cenę popycha nas do pozbycia się winy. Zadośćuczynienie będzie zaliczone, kiedy będzie równe winie. Okrutne, ale sprawiedliwe to prawo. Sądzeni za przestępstwa ludzie odczuwają ulgę, kiedy kończą odbywać karę. Bilans się wyrównuje. Przychodzi ulga, lekkość i wolność. Ciekawy temat na dobrą książkę i niezły w sumie, ale na pewno nie najlepszy film.


Monika Zakrzewska-Blauth

ciało - 4

emocje - 4

umysł - 3

dusza -3

(w skali sześciostopniowej)

Pokuta (Atonement), reż. Joe Wright, scen. Christopher Hampton, wyst. Keira Knightley, James McAvoy, Saoirse Ronan, Romola Garai, Vanessa Redgrave, Brenda Blethyn, 130 min. 

skomentuj (0)

kontrola 2008-02-11 20:58:19

niestety nie będzie to tekst o Joy Division w kinie, czyli o „Control” Antona Corbijn, na który czekam już bardzo, bardzo, bardzo i który na pewno tu opiszę, jak tylko w końcu do niego dotrę. nie. znów będzie o tym, że czasami po prostu wszystko się kojarzy z aktualnym tematem tygodnia, i wtedy generalnie nie jest istotne co oglądasz, tylko raczej w jakim nastroju i z jakim nastawieniem. zupełnie tak, jakby gdzieś tam w głowie tworzył się jeden kawałek puzzla, a w człowieku rosła potrzeba, żeby znaleźć pozostałe pasujące. i tak jakby jedne tematy przyklejały się do oczu, a inne przemykały, jak krajobrazy w pociągu.   und zwar, jak mawiają sąsiedzi, aktualnie na mojej tapecie króluje poczucie kontroli nad własnym życiem i ten wątek rezonuje gdzieś tam w środku, jak dzwon Zygmunta. dzięki, na przykład tak różnym filmom, jak „Elżbieta: Złoty wiek”, „Małżeństwo Tui” i „XXY”. i o nich to będzie historia.

choć oglądanie zaczęłam od „XXY” wtedy myśl o kontroli ledwie majaczyła na horyzoncie i właściwie przeszłam tej możliwości interpretacji obojętnie. „Elżbieta” uruchomiła cały ciąg skojarzeń, a przy „Małżeństwie Tui” poległam na całego. sklejanie puzzli się rozpoczęło. 
najłatwiej to właściwie wytłumaczyć na przykładzie tego ostatniego filmu, bo przecież motyw pogodzenia się z własnym losem to absolutna podstawa filozofii Dalekiego Wschodu i motor tysięcy azjatyckich historii. przepiękne „Małżeństwo Tui” zachwyca, ale nie zaskakuje. Tuja obejmuje swoje przeznaczenie, jednak bezwzględnie oddziela „los” od woli otoczenia. i przez to trudno powiedzieć, czy więcej w niej pokory czy buntu. gotowa jest ciężko pracować przy owcach, wchodzić w aranżowane związki, rodzić i wychowywać – bo w takiej żyje kulturze, bo tak zapewne żyła jej matka i babka, bo wyłamywanie się z tego schematu byłoby siłowaniem się z życiem ponad miarę. ale już nie pozwala innym decydować, co się stanie z jej niepełnosprawnym mężem i nie rezygnuje z siebie, gdy rezygnować nie musi. i dzięki tej strategii wygrywa to, co los miał dla niej w zanadrzu.    

nie inaczej jest z tytułową Elżbietą, choć tu trudniej mówić o wygranej. jej początkowe próby kontrolowania losu i innych niesamowicie mnie poruszyły (reszta filmu pozostawiła mnie nieczułą jak głaz), może dlatego, że kiedyś sama poczułam własną niemoc w kwestiach uczuciowych i tę prostą prawdę, że „tych spraw” absolutnie nie da się przewidzieć i zaplanować. i żadne tam kryteria sprawiedliwości i niesprawiedliwości nie obowiązują. czy jest inna sfera, w której bardziej bylibyśmy narażeni na utratę kontroli? i choć film ogólnie kończy się wyobrażeniem Elżbiety triumfującej - bo i ona w końcu wrasta w swoje miejsce na świecie - dla mnie to film o porażce kobiety w rywalizacji o mężczyznę. i to na dodatek film kiepskawy, na nastawieniem na spektakularne obrazki.

 

a co do ostatniego filmu – „XXY”, to opisywanie go w kategoriach kontroli przypomina nieco zabawę odpalonym granatem. wyznawcy perspektywy gender chcieliby zobaczyć w nim obraz o istocie idealnej, bezpłciowcu, który nie podlega naszym ograniczonym determinantom, tylko bierze z obydwu płci to co najlepsze i gwiżdże na resztę. innymi słowy człowieka poza kontrolą biologii. cóż, można i tak, dla mnie jednak to film o tym, że jesteśmy zdeterminowani i o tym, że biologia oddziałuje na nas na głębszym poziomie niż nam się wydaje. wyszłam z kina przekonana, że Alex prędzej czy później odczuje (nie wybierze!) własną płeć i będzie się realizował/a w jej ramach. podobnie jak Tuja, ustąpi tam, gdzie ustąpić trzeba, upierając się przy tym, co kontrolować można.

czyli wracamy do punktu wyjścia – nasze życie to w dużej mierze czysta loteria. nasza płeć, środowisko, kultura, odrobina farta, a także nawet nasza zdolność do szczęścia to prezenty od przeznaczenia. zostaje ta nędza reszta, na którą mamy jakiś wpływ. Desiderata: "Boże, daj mi odwagę, bym zmieniał w swym życiu to, co zmienić mogę, cierpliwość, bym znosił to, czego zmienić nie mogę, i mądrość, bym odróżniał jedno od drugiego."

skomentuj (0)

Zabójstwo Jessy Jamesa przez tchórza Roberta Forda 2007-12-28 00:48:25

Czekałam na ten film tak długo, że ciągle nie mogę się z tego czekania otrząsnąć i uwierzyć, że już po. Ale trzeba prawdzie spojrzeć w oczy – film obejrzany, bilet grzeje się w portfelu, a od czasu seansu minęło tyle czasu (dokładnie dwa mega ważne egzaminy i jedne święta Bożego Narodzenia – usprawiedliwię się trochę przy okazji), że mogłam sobie wszystko ułożyć w głowie.  Ale nie zapomnieć, o nie! Takich filmów tak łatwo się nie zapomina. Fabułę wprawdzie idealnie streszcza sam tytuł, jednak przecież świat na prostych historiach stoi. Tak prostych, jak ta o zabójstwie bandyty Jessy Jamesa. Zabił go oto człowiek podający się za przyjaciela, strzelając mu w plecy w jego własnym domu. Po wszystkim zaś obnosił się ze swoją podłą zdradą, wręcz odgrywał scenę zabójstwa w teatrze, aż do momentu, w którym zrozumiał, kim jest i czego się dopuścił. Tchórz Robert Ford.  Porwał mnie ten film, zachwycił kreacją Brada Pitta, który gra bandytę zmęczonego życiem, obrazem Dzikiego Zachodu w wersji refleksyjnej i nieco melancholijnej. Wszyscy są pełni przeczuć i ukrytych motywów, nic nie jest proste i nikt nie strzela tak sobie. Nie chcę jednak pisać o zachwycie, tylko o niepokoju, jaki funduje widzom wyżej wymieniony tchórz Robert. To najpełniejsza, najbarwniejsza postać, ta która najbardziej wytrąca z równowagi (choć myślę, że postać Jassy’ego jest doskonalsza, bardziej wiarygodna, przekonująca). Jest w owym Robercie tyle różnych psychologicznych wątków, tyle niuansów, że czasem zastanawiałam się, czy aby twórcy nie przesadzili z pogłębianiem tego portretu i wyszła nieco zbyt skomplikowana chińska szkatułka – w pudełeczku pudełeczko. To chyba ma coś wspólnego z tym czekaniem na premieręJ  Dzięki temu jednak możemy obejrzeć tytułowe zabójstwo z każdej strony. Dlaczego Robert Ford zabił swojego idola? Ze strachu? Fakt, miał wszelkie powody, żeby oczekiwać, że zostanie przez Jassy’ego zastrzelony w niedługim czasie. A może został zmanipulowany między innymi przez samego bandytę, który dość już miał wiecznej ucieczki i własnej paranoi. Jest coś w Robercie z marionetki, w jego podejściu do własnego losu, krążeniu po orbicie wielkiego mistrza, niemożności oderwania się od tego. Zostaje w końcu najważniejsza z pobudek - żądza sławy. Mroczny motyw, dobrze, że ktoś o tym filmy robi, może będziemy od tego dla siebie łaskawsi. Zazdrośnicy wpatrzeni w innych po złość i nienawiść. Zdolni bezkrytycznie wynosić na ołtarze, by pięć minut później obalać, opluwać i ośmieszać tych samych ludzi.  Robert nie jest jednak postacią jednoznacznie potępioną. Ja myślę, że to bardziej film o ludzkim losie, o pewnych nieuchronnych mechanizmach, w jakich tkwimy. O potrzebie przerastania swoich idoli, zdobywania tych gór, w cieniu których wyrastamy, by potem zostawić je za sobą i nigdy nie wracać w tamte strony. Jest takie powiedzenie w buddyzmie zen - Jeśli spotkasz Buddę, zabij go! Nic dodać, nic ująć.

skomentuj (1)

Księga Gości